niedziela, 11 czerwca 2017

A propo....

W nawiązaniu do wczorajszego wpisu na blogu Kurodoma...

No nie wiem - może kotka sąsiadka czyta  to co ja piszę
i w związku z tym, dziś rano dostarczyła nam nocny
urobek..


Dzisiaj w Gdańsku odbywa się XXI przejazd rowerowy.
Nie może nas zabraknąć.
Nasza ostatnia wyprawa to odwiedziny u przyjaciół, którzy mieszkają
40 km od Gdańska.
Daliśmy radę, chociaż pomyliliśmy trochę trasę i musieliśmy jechać
dość długi odcinek bardzo ruchliwą drogą.
Było ekstremalnie, następnym razem musimy bardzo dobrze rozpracować
trasę i unikać głównych dróg jak ognia.
Kierowcy nie zwalniają, a ryzykowanie życiem to nie dla mnie.

Natomiast prawie codzienne zjazdy nad morze uwielbiam.
Ludzie stęsknieni słońca nadużywają...



                                                        Oj będzie w nocy bolało

A tu jeszcze natura, pan/ni ptak wędrował sobie po plaży, zaglądał to do śmietnika,
to do torebki pani, posypywany przez ludzi piaskiem nie peszył się
i wcale nie bał.


                                                   Coś dla miłośników natury i człowieka.....


                                        Przy ludziach i ptak się posili....


                                    Posypany piaskiem, wcale się nie przejął, powędrował dalej...



                                   Dokąd płyną te kaczki, może migrują do Szwecji?    


Oczywiście musiałam się po wkurzać na wszechobecne śmieci.....

                              
Nigdy nie zrozumiem, jak można samemu sobie śmiecić, tym bardziej, że
przy samym wyjściu z plaży stoją i proszą się o "nakarmienie"...


Ale zrzędzę od rana, dobra koniec, dzisiaj dzień pod znakiem "koła i szprychy",
a i jeszcze "łatki i pompki", łatanie dętki w drodze nas nie ominęło, Wspaniały
dał radę.


sobota, 10 czerwca 2017

Jesteś tym co jesz?

Może to za dużo powiedziane, że jestem tym co jem,
ale pewnik to, to, że czujesz się lepiej jak jesz dobrze.
Dobrze jeść co to znaczy?
Internet obfituje w rady i porady, przepisy, zacietrzewienia,
złote recepty, pewniki, chyba żadne hobby nie ma takiego
"ujścia" w internecie jak przepisy na zdrowe, wybitnie zdrowe,
jedynie słuszne jedzenie.

Muszę się przyznać, że ja też od czasu do czasu ulegam i zaczynam
poszukiwać "złotego Grala" dobrego odżywiania.
Zaczęło się to......już nie pamiętam kiedy, kilkadziesiąt lat temu?
Tak chyba wtedy kiedy miałam tak dwadzieścia kilka lat i trafiłam
do pana dentysty, który jest bardzo dobry i bardzo drogi.
Panu dentyście jestem wierna do dziś, ale widywać się z nim za często
nie chcę, więc od chwili poznania rzuciłam cukier, początkowo
w napojach, a potem jakoś poszło i do dzisiaj staram się nie nadużywać.
Wraz ze mną cukier porzucił też Wspaniały, nie nadużywamy
od lat i nie możemy się nadziwić jak mogła nam smakować herbata z cukrem.
(statnio odkryłam sodę oczyszczoną i wodę utlenioną zamiast pasty do zębów
i muszę przyznać, że efekty są dość spektakularne).

Dobra, szkodliwość cukru odkryliśmy dość wcześnie.
Potem jakoś tak zainteresowałam się dietą zgodną z grupą krwi.
Nie powiem, żebym jakoś specjalnie wierzyła, ale.....
Mam tak, że do wszystkich odkryć "niekonwencjonalnych"
podchodzę z dystansem, ale też z niejakim zaciekawieniem.
Tak na zasadzie nie mów nie, nie mów tak, ostrożnie daj szansę....

Dawno, dawno temu za górami za lasami czy jakoś tak,
urodziłam właśnie najstarszego potomka, który po porodzie w krótkim
czasie stał się Chińczykiem.
W tamtych czasach nikt nie słyszał o naświetlaniu żółtaczki poporodowej.
Młody miał około miesiąca, żółtaczka nie schodziła, groziło
to bardzo poważnymi konsekwencjami,  dostałam skierowanie
do szpitala, ja i dziecko bo przecież karmię....
Zrozpaczeni wtargnęliśmy ze Wspaniałym do słynnej pani profesor
od dzieci, a pani profesor popatrzyła na wyniki i powiedziała
"odstawić dziecko od piersi, konflikt głównych grup krwi".
Odstawiłam, okazało się prawie natychmiast, że urodziłam jednak
Polaka, a nie Chińczyka.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o grupie "krwi łowców".
Cała nasza rodzina ma tę samą, najstarszą grupę krwi.
"Łowcy" źle znoszą zboża - gluten, ciasta - cukier.
Wypróbowałam i okazuje się coś w tym być.
Szczególnie dobrze zrobiło to Wspaniałemu, który jak go poznałam
uwielbiał ciasto, ze Wspaniałym poszło szybko gorzej z bliższą i dalszą
rodziną, której oduczanie częstowania nas ciastem idzie opornie
i z marnym efektem do dnia dzisiejszego.
(Oczywiście zdarza nam się zgrzeszyć, kto nie....niech pierwszy
rzuci kamieniem).

O glutenie już pisałam, powiem tylko, że gluten nie dla nas.

No dobra, następnym etapem, było przeproszenie się z tłuszczem.
Już słyszę głosy, cholesterol, miażdżyca itp.
Oczywiście zajadanie się tłuszczem nikomu nie służy,
ale powiem tak, przestudiowałam na ile potrafię
argumenty medycyny konwencjonalnej i niekonwencjonalnej
i doszłam do wniosku, że jeżeli:
- nie mieszam tłuszczu z cukrem.
- nie mieszam tłuszczu z dużymi ilościami węglowodanów.
- nie jem tłuszczu łyżkami.
to:
po wypróbowaniu, schudłam 18 kg cholesterol w normie i nie jestem
cały czas głodna.

Oczywiście człowiek jest grzeszny i co jakiś czas wraca do złych
nawyków, w moim przypadku otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Zaczynam się źle czuć, tyję i ogólnie jest do (tu słowo na cztery litery).

Oczywiście są sytuacje, kiedy medycyna konwencjonalna jest niezbędna
tak było ostatnio, kiedy dopadły mnie sensacje żołądkowe.
Medycyna konwencjonalna zaleca po helicobakter i przy refluksie
dietę warzywną, lekkostrawną jedzenie co dwie godziny małych posiłków.

Dobra próbowałam, o Wszechwiedzący ja nie mogę jeść jak mówił
mój tata "trawy" w dużych ilościach, bo umieram.
Przemęczyłam kilka dni i zaczęłam jeść "tłusto", bezglutenowo,
mało węglowodanowo i tylko trochę ciemnozielono warzywnie.
Ulga prawie natychmiastowa.
Z medycyny konwencjonalnej zostało jedzenie co dwie godziny
i mało ilościowo.

Do tego dołożyłam "zakwaszanie żołądka", sokiem z kiszonej
kapusty, octem jabłkowym, sokiem z cytryny.
Uprzedzam uwagi typu - refluks oznacza nadkwasotę, tu niespodzianka
ja mam refluks i stwierdzoną od dzieciństwa niedokwasotę.
Żaden lekarz nie przyjmuje tego do wiadomości i przypisuje
mi leki zobojętniające kwas żołądkowy czym jak się ostatnio
dowiedziałam potęguje moje problemy.
Do tego wszystkiego dołożyłam ćwiczenia, odkryłam właśnie
z niejakim zdziwieniem, że na refluks są odpowiednie ćwiczenia
i masaż brzucha????

Wnioski w dużym skrócie:
- przejście na dobre dla mnie jedzenie i ćwiczenia spowodowało,
  że czuję się coraz lepiej, żołądek się uspokoił.
- Odkryłam lek na stany zaostrzonego refluksu, można kupić
   w sklepie zielarskim.
  Wg mnie genialny, pomógł mi przetrwać okres po antybiotykowego
   refluksu.


- Zakwaszanie żołądka spowodowało znaczną ulgę w trawieniu.
  (dwadzieścia minut przed jedzeniem albo dwie łyżeczki nierozcieńczonego
    soku z cytryny, albo 1-2 łyżeczki octu jabłkowego bio na pół szklanki wody,
    albo 1 - 2 łyki soku z kiszonej nie kwaszonej kapusty).
- Wspaniały zachwycony moimi eksperymentami kulinarnymi.

Wróciłam do pieczenia swojego chleba bezglutenowego
(od pewnego czasu kupowałam chleb b/g i mroziłam),
jednak ten chleb nie jest zbyt dobry i w zasadzie jak dla mnie
ma za dużo różnych składników.
Odkryciem ostatnich dni jest bardzo popularny w sieci przepis na chleb
z białej, nie prażonej kaszy gryczanej.
Kasza gryczana to moja miłość od dzieciństwa, więc wypróbowałam
i mi smakuje.
Oczywiście zastrzegam, ja lubię "inne" smaki więc moja opinia nie jest
w pełni miarodajna, ale już opinia średniego potomka, który
kanapeczkę z tego chleba zjadł i wziął dokładkę (dodam kanapeczkę
ze smalczykiem własnego wytopu), świadczy o zjadliwości tego
dziwnego chleba.

Chleb smakuje prawie jak prymitywny razowiec.
Składniki:
- 1/2 kg kaszy gryczanej białej, nie prażonej (jak nie dostaniecie to można
kupić w woreczkach do gotowania i wysypać).
- Zimna przegotowana woda.
- 2 - 3 łyżeczki soli himalajskiej, albo kłodawskiej.
- Jakieś ziarna, ja daję ze słonecznika.

Kaszę wsypać do szklanej miski (nie metalowej, nie plastikowej).


Zalać wodą tak, żeby woda była ok 1/2 cm nad kaszą.


Po pół godzinie przemieszać drewnianą łyżką i dolać wody.
Zostawić pod przykryciem w temperaturze pokojowej do następnego dnia.
Następnego dnia rano przemieszać i ewentualnie dolać wody.
Wieczorem, zlać nadmiar wody (to dość ważne), dodać sól,
zblendować, ale nie na całkowitą miazgę.
Dodać ziarna i przełożyć do formy (keksówki - średniej wielkości)
wysmarowanej masłem i wysypanej płatkami owsianymi.
Wstawić do zimnego piekarnika na całą noc.
Rano włączyć piekarnik i piec ponad godzinę w 200 C.



Jak pierwszy raz upiekłam byłam w lekkim szoku, że to się może udać
i jeszcze smakować.
W niektórych przepisach pierwszy etap moczenia kaszy ma trwać 48 godzin,'
wypróbowałam i zostaję przy wersji krótszej.
To jest obecnie nasz chleb codzienny.

Moje dietetyczno - kulinarne wzmożenie potrwa jakiś czas, więc pewnie
jeszcze nieraz opublikuję jakiś przepis.
Oczywiście nie są to moje autorskie przepisy są to wypróbowane i lekko
przerobione na moją modłę plagiaty z uwagami.

Przepisów w internecie jest po kokardkę, fajne jest to, że "zdrowe" przepisy
są na małe ilości.
Za moich czasów piekło się ogromne blachy ciasta i potem jadło cały
tydzień.
Obecnie szczególnie "zdrowe" przepisy są na malutkie blachy.
Kupiłam kilka małych rozmiarem foremek i próbuję.
Np dzisiaj upiekłam ciasto czekoladowe w zasadzie bez cukru
tylko z sześcioma kostkami czekolady i świeżą cukinią.
Specjalnie w tle postawiłam rękawicę kuchenną, żeby można było
ocenić wielkość ciasta.
Tak ciasto wyglądało po upieczeniu.



A tak po przejściu obok Wspaniałego.




Składniki:
Łyżkę zmielonego siemienia lnianego zalać 3-4 łyżkami wody, odstawić.

Suche składniki wymieszać w misce;
2 kopiaste łyżki mąki gryczanej i mąki jaglanej.
1 kopiasta łyżka mąki kokosowej.
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia 1/2 łyżeczki sody.
3/4 szklanki obranej cukinii startej na tarce, na drobnych oczkach.
1 łyżka kakao.
6 - 8 kostek gorzkiej czekolady zetrzeć na tarce.
Można dodać bakalie, ja dodałam suszoną żurawinę.
(można dodać łyżkę cukru trzcinowego)

Do suchych składników, dodać 3/4 szklanki mleka kokosowego i len.
wymieszać, przełożyć do malutkiej formy tortowej, wysmarowanej
masłem i wysypanej wiórkami kokosowymi.
Piec w 180 - 190 C przez 40-45 minut do prawie suchego patyczka.

Trochę się rozpisałam, coś czuję, że do bzika papierowego
dołączył bzik zdrowotno - kuchenny więc nie powiedziałam
w temacie jeszcze ostatniego słowa.

Bzik papierowy ma się dobrze, przedstawiam domowego orła
z papieru.


Tak się ma ciasto po przejściu najmłodszego potomka, chyba smakuje?






czwartek, 1 czerwca 2017

Dzieci moje, zawsze dzieci....


Trzech chłopaków, a raczej mężczyzn, a dla mnie
zawsze dzieci, ale to już mężczyźni.

Wszyscy trzej Wspaniali po Wspaniałym, a po mnie?
Hmmmm.....

Moje dzieciaki czego im życzyć?
Wszystkiego czego chcą i o czym śnią....




piątek, 26 maja 2017

Wydaje się, że zwolniłam, ale......


Żołądek jeszcze mnie męczy, a jak coś człowieka męczy
to sami wiecie żyje się wolniej i mniej chętnie się człowiek kręci.
Tylko czy na pewno?

Zrobiłam małe podsumowanie, przejrzałam zdjęcia i się okazało,
że nie jest tak źle.

I tak między jednym skrętem kiszek, a drugim zrobiłam, takie coś
z drutu, lakieru do paznokci i kółka.






Witrażowa zawieszka na okno, muszę przyznać, że bardzo fajna technika
na robienie witraży. Kwiatki można wykorzystać do zrobienia naszyjnika,
przepaski i co tam komu w duszy zagra.
To jedno z moich licznych hobby, czyli recykling, sposób na zużycie
lakierów do paznokci, których mam bezliku, oraz znalezionych na ulicy
kółek ze zgubionych samochodowych "kapsli" do felg.

Zrobiłam jeszcze pęk papierowych kluczy dla wnuka, który został
obsadzony w szkolnym teatrzyku w roli królewskiego ochmistrza
i koniecznie potrzebował do tej roli pęku kluczy i .....wąsów.
Wąsy wymyślił sam i dumnie je nosił na przedstawieniu.


Oczywiście musiałam na rower, chociaż mniej pilnie to jednak.
Odkryliśmy nowe rejony.
Przedłużoną ścieżkę rowerową w stronę portu.



I nowe rejony trójmiejskich Bieszczad.




I jeszcze martwy las na osiedlu Zaspa.



W między czasie dopieszczam kotkę sąsiadkę, która już wydobrzała
po fryzjerskich wyczynach swojego pana i wydaje się, że pogodziła
się ze stratą futra.

                           


A teraz wyleje trochę żółci to może mi ulży na żołądku.

Nie wiem czy pamiętacie jak pisałam o naszej wyprawie do Olsztyna
po samochód.
Samochód był tani bo nie na chodzie.
Kupiliśmy i oddaliśmy w ręce wydawałoby się fachowego i zaprzyjaźnionego
warsztatu samochodowego.
Plan był taki, żeby z trzech samochodów zrobić sprawne dwa.
Nie wdając się w szczegóły jeden samochód miał być dawcą.
Po pobraniu organów z dawcy miał dostać drugie życie nasz samochód
i samochód średniego potomka.
Niestety, operacja się udała tylko pacjenci nie ożyli.
I mamy dwa niesprawne auta.
Wina leży po stronie warsztatu, tzn nie dokręcili śrub, odkręcili nie tą śrubę
co trzeba na koniec pan mechanik stwierdził, że Wspaniały jest ciągle niezadowolonym
klientem i sam nie wie czego chce.

A czego chce Wspaniały, otóż chce, takiego nieistotnego wydawałoby
się szczegółu, żeby auto jeździło.
Mija prawie półtora miesiąca i nic....

Tak więc w wyniku tych perturbacji stałam się wysoko wykwalifikowanym
kierowcą - specjalistą od holowania samochodów na sznurku od warsztatu
do garażu i na odwrót.
Po tym - jak po kolejnym odbiorze samochód stracił bieg wsteczny
Wspaniały - dociekliwy zgromadził narzędzia pożyczył dźwig
i postanowił sam naprawić jeden z samochodów.

Uwielbiam jego zapał i uparctwo w dochodzeniu do celu
i tak stało się tym razem, wyjął silnik i skrzynie biegów, w warunkach garażowych.



Jego szczęście jest moim szczęściem.
Mniej szczęśliwy był kiedy stwierdził, że niedziałający wsteczny bieg
to wina mechanika, a naprawdę wkurzony, kiedy pan mechanik
stwierdził, żeby się wypchał.

W wyniku całego zamieszania, Wspaniały zdobył kolejny zawód i stał się ekspertem
od aut marki Ford Mondeo Mk3.
Jedyne co go powstrzymuje przed otwarciem warsztatu samochodowego to fakt,
że wszystkiego sam nie zrobi i musiałby zatrudnić jakiegoś pana mechanika,
a ten jak wyżej mógłby spaprać robotę i co wtedy....

Podsumowując "kazał pan zrobił sam", jedno auto w naprawie u Wspaniałego,
drugie auto próbujemy wydobyć z "zaprzyjaźnionego warsztatu, jeździmy
dawcą i na rowerach.

Dzisiaj Dzień Matki w związku z tym zabieram prababcie do sklepu  i restauracji
czyli McDonald 's.
Prababcie uwielbiają te świątynie konsumpcji i nic nie przebije momentu,
kiedy wchodzimy do sklepu obuwniczego.
Największa radość to zakup nowych butów, które potem ustawione
na półeczce cieszą i są nie noszone bo szkoda.....



To zdjęcie z poprzednich zakupów, babcie szczęśliwe, ja spocona,
ale ich szczęście jest moim szczęściem.

Wszystkim mamom moim i nie moim, a także sobie życzę spokoju i pokoju.



Nosz szampana nie mogę, ale wzniosę toast "miętkom" i przy tej miętce
wieczorem zrobię sobie prywatne święto i odrobię zaległości czytelnicze
na moich ulubionych blogach.

środa, 10 maja 2017

Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku....

No i mój ulubiony lekarz mi podpadł....

Zastanawiałam się czy napisać o tym co mi się przytrafiło
w kwestii zdrowia.
Niektórzy uważają, że opowiadanie o swoich dolegliwościach
jest objawem hipochondrii i w zasadzie nie wypada się wywnętrzać
w kwestii gdzie kogo koli - boli.
Ja jednak mam takie przekonanie, że często słuchając jak inni
walczyli o zdrowie możemy się czegoś nauczyć.
Po za tym jestem z tych krnąbrnych pacjentów, którzy nie wierzą
w nieomylność lekarzy i często mówię sprawdzam.

Objawy, które odczuwa pacjent często są z tych nieoczywistych,
nieswoistych, coś boli gdzieś strzyka, jakaś niestrawność,
trochę podwyższone ciśnienie coś tam się dzieje z sercem,
a to puknie nie tak, a to nie puknie czasami.....
Lekarz skupia się często na tych najbardziej
dotkliwych dolegliwościach.
Dobrze jeśli da nam skierowanie do specjalisty lub na jakiekolwiek
badania laboratoryjne.
Najczęściej wypisuje kolejną receptę na "cudowne" tabletki
pacjent wraca do domu wykupuje leki i .....zaczyna kurację.
Dobrze jeszcze jak pan doktor potraktuje pacjenta w miarę poważnie.
No właśnie poważnie, w moim przypadku zdarza się to bardzo rzadko.

Dobrze wyglądam, jak wchodzę do gabinetu nie skręcam się w precelka
i nie jojczę, ale mówię co mi jest i podczas moich nielicznych
wizyt słyszę nic pani nie jest dobrze pani wygląda.....

Nosz, z tego to powodu rzadko nawiedzam swojego lekarza
pierwszego kontaktu, a jeśli już to musi mocno coś dopiec.

I tak było tym razem, a było tak....
Kilka dni przed świętami dopadła mnie jakaś niestrawność,
jakieś odbijanie zgaga wiecie jak to jest, rapacholin, herbatka miętowa
coś na zgagę, dieta i jakoś to będzie...

Tylko, że jakoś nie było, święta przetrzymałam, ale po świętach było
już coraz bardziej nieciekawie, no to podejrzenie czymś się strułam?
Dobra, apteka (skontaktuj się z farmaceutą) węgielek, nifuroksazyd,
a może coś na jelito drażliwe O.K.

Coś tam łykam, trochę poleguję i myślę, może nie mam już wątroby,
może moja trzustka?
Ciśnienie skoczyło, zresztą ciśnienie już od jakiegoś czasu miałam
podwyższone, ja niskociśnieniowiec, ale wiecie ten wiek.
Serce przyspieszyło, trochę zwariowało, ale to przecież ten wiek....
Przemęczyłam jeszcze dwa  dni i poszłam zrobić podstawowe
wyniki o dziwo wątroba, trzustka, tarczyca, nerki, wszystko w porządku,
ale żyć się nie da...

Odbija mi się pustym powietrzem, serce wariuje, brzuch - dziewiąty
miesiąc ciąży.
Idę po poradę do mojego ulubionego lekarza i mówię co mi jest.
Nie wiem czy to "dobra zmiana", ale pan doktor jest na dyżurze
od siódmej rano i ma być do dziewiętnastej wieczorem, ledwo na oczy
patrzy, nie mierzy mi nawet ciśnienia i stawia diagnozę " to jest w głowie,
a nie w żołądku" - to ten wiek.
Bąkam coś nieśmiało o baaaakterii, ale słyszę, że na bakterię to węgielek...

Wypisuje mi skierowanie do gastrologa i przypisuje mi psychotropy,
zalecenie najpierw wziąć tabletkę na nerwy jak nie pomorze to zapisać się
do gastrologa....

Wyszłam wściekła, dobra niech będzie, idę do apteki wykupuję
bez przekonania psychotrop i doznaję olśnienia - kupuję test na HELICOBAKTER!

No i jak myślicie?


Dwie kreski,  to nie ciąża to nieproszony gość, rozpanoszył się.
Co prawda prawie 60% ludzi to ma, ale niektórzy mają za dużo i wtedy
dzieją się cuda.

Ponieważ trochę obraziłam się na ulubionego bezpłatnego pana doktora
to wzięłam 100PLN w dłoń i powędrowałam do pana "doktora pieniężnego".
Pan doktor zmierzył mi ciśnienie stwierdził - trochę za wysokie.
Powiedział , że powinnam zrobić gastroskopię, ale się czeka, a ponieważ
mam objawy, a bekanie mnie zadręczy przypisał "bombę atomową",
dwa antybiotyki na 10 dni.
I tak przez ostatnie dziesięć dni umierałam to mało powiedziane.
Na widok tej uśmiechniętej buźki nie było mi do śmiechu.


W zasadzie byłam nie do życia, co trochę lepiej to za chwilę gorzej.
Po drodze wylądowałam w całonocnej opiece gdzie bardzo młody pan doktor
przypisał mi na bekanie lek przeciwwymiotny dla pacjentów po chemioterapii.

Reasumując, powoli dochodzę do siebie za miesiąc mam zrobić kolejny test.
Helicobakter w natarciu daje mnóstwo nieswoistych objawów, które tworzą
mylny obraz dolegliwości, to może trwać bardzo długo.
Łatwo jest się zakazić nie łatwo pozbyć.
Dodam jeszcze, że ciśnienie mam w normie, serce zaczęło się uspakajać
i najważniejsze nie bekam całą noc.
Panu doktorowi wybaczam bo nie uważam, że jest Bogiem i potwierdził moje
przekonanie, że mało jest lekarzy, którzy traktują pacjentów całościowo
i uczą się na błędach.

Teraz czeka mnie jeszcze zderzenie z gastrologiem tylko nie mogę się zdecydować
czy iść do pana doktora "niepieniężnego" czy raczej do tego bez "stówy nie podchodź".
Z natury nie jestem złośliwa, ale tym razem pozwoliłam sobie....


Składam najserdeczniejsze podziękowania mojemu Wspaniałemu i Potomkom
za cierpliwość i wyrozumiałość dla bekającej matki i żony....

PS.
A największe zadziwienie tego roku na Kurodomie zapraszam.


piątek, 21 kwietnia 2017

Zaczynam grać w berka ze starością...

Podsumowując święta 2017.
Okazały się, nie być świętami Sprzątanocnymi ani Żarłocznymi.
Było miło i rodzinnie trochę nie typowo bo była choinka i był śnieg.


                           
                                            W charakterze bombek wystąpiło to stado.



                                        Jakaś kokosz z kurczakami i kogut też były.


Rodzina dopisała, najstarszy wnuk się postarał i chociaż to "Tadek nie jadek"
zjadł i zupę, i drugie danie, i nawet kawałek ciasta.

Na obiad był rosół, bo to nasza narodowa/rodzinna zupa świąteczna.
"Tadek niejadek" lubi rosół, ale postanowił zabłysnąć i wzniósł okrzyk,
że on "wody jeść nie będzie", okazało się, że to był dowcip i jednak
wszamał cały talerz zupy.
Piszę o tym bo przeglądałam demotywatory, zobaczyłam ten skojarzyłam
i trochę się uśmiałam.


                                               Dobra było miło, ale się skończyło.

Ostatnio zauważyłam, że te kolejne dziesiątki mijających lat
zaczynają sprawiać, że coraz ciężej mi się wstaje z podłogi.
Tak, tak jeszcze niedawno jak usiadłam na podłodze to jakoś tak łatwo
było mi się podnieść i stanąć na nogi od pewnego czasu to już nie ma tak łatwo.

Doszłam więc do wniosku, że nadszedł czas na odkładaną od zawsze
SYSTEMATYCZNĄ gimnastykę.
Specjalnie napisałam wielkimi literami, bo każdy wie, że gimnastyka i owszem,
ale żeby zaraz systematycznie.....
Stanęłam, postawa zasadnicza - skłon.

O, oooo mamo, przecież ja w skłonie z pozycji na baczność dotykałam całą
dłonią do podłogi, a teraz ledwie ledwie serdecznym palcem przy zgiętych kolanach.
Przysiady, o mamo z podpórką, z trzaskaniem w kolanach itd.

Muszę przyznać, że trochę się zdziwiłam, na co dzień człowiek nie zwraca
uwagi na gibkość i giętkość.
Zauważyłam, że rano z naszego legowiska złożonego z materacy położonych
bezpośrednio na podłodze, a więc nisko schodzę tyłem na czworakach
potem muszę się przytrzymać kaloryfera i parapetu, żeby dojść do pionu,
ale jakoś mnie to nie zaniepokoiło.
Dopiero moment, kiedy bawiłam się z wnukami na podłodze
i chciałam wstać i o mamo trochę to trwało i jeszcze na plaży,
kiedy gramoliłam się z piasku dotarło do mnie, że muszę zacząć
się gimnastykować.

Najpierw pomyślałam o siłowni, wiecie te obrazy umięśnionych
gibkich ciał może ja też będę tak wyglądała po kilku sesjach.
Zaraz też zaczęłam planować, trzeba by wykupić karnet, kupić
jakąś torbę sportową, obuwie sportowe, spodnie sportowe,
koszulkę sportową, biustonosz sportowy, a jeszcze opaskę na włosy
sportową i takie frotki na nadgarstki sportowe, jakiś miernik tętna,
może defibrylator w razie zatrzymania akcji serca na bieżni
i oczywiście napój energetyczny....

Dobra podliczyłam wydatki, nie stać mnie.

Punkt drugi - internet.
Przecież tam są panie które pokazują jak to zrobić, żeby się usprawnić.
Spróbowałam, niestety nie nadążam, za szybkie, za gibkie są.
No i ćwiczenia zbyt nowoczesne, jakoś tak nienaturalne w ruchach.

Lekko zniechęcona stanęłam w dużym pokoju i zaczęłam
ćwiczyć tak  jak w duszy gra.
Zaczynając od głowy kończąc na stopach.
I Wiecie co, zdziwiłam się, że ja znam, pamiętam jak to się robi/ło.
Przypomniały mi się wszystkie ćwiczenia jakich nauczyłam się
na lekcjach W-F w szkole podstawowej i średniej.

Oczywiście trzeszczę i zgrzytam, ale potrafię.
Poczułam dużą wdzięczność do wszystkich moich wuefmenów
tych mniej i bardziej udanych, nauczyli mnie jednak czegoś.
I jeszcze do mamy i taty, że nie wypisywali mi zwolnień
z lekcji i fundowali basen dwa razy w tygodniu.

W młodości lubiłam się ruszać i jak to się mówi "sportować"
więc miałam duży zapas sprawności na życie, ale to było i się nie wrati.
Miałam długą przerwę w "sportowaniu się", bo młodość nie rozumie,
że można nie móc wstać z podłogi, jednak w myśl powiedzenia
"czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał"
wróciła Janina do gimnastyki której się nauczyła jako Janka.
 Myślę, że muszę się zmusić do wytrwałości
bo wydaje się, że tak trzeba będzie już do końca....

Często powtarzam, że mam "bardzo słabą silną wolę".
Kiedy tak mówię Wspaniały zawsze się uśmiecha i przytakuje.
W tym moim powiedzeniu jest bardzo dużo prawdy.
Dlatego piszę o tym, że zaczynam i nie kończę na blogu bo mam nadzieję,
że publiczne ogłoszenie  "Friganka zaczyna uprawiać codziennie gimnastykę"
zmusi moją słabą silną wolę do uległości.



sobota, 15 kwietnia 2017

Jajooooo.....



                                                                    (Salvador Dali)

Kiedy pytałam mojego małego wnuka co by zjadł na obiad to był taki czas,
że ze śmiesznym akcentem odpowiadał "jajooooo".
Jajo ma kształt idealny, idealnie się toczy i jest idealnie wyposażone,
żeby karmić rozwijające się życie.
Życzę Wam i Sobie żeby dalsze miesiące w tym roku potoczyły
się gładko i idealnie, tylko tyle i aż tyle....