piątek, 21 kwietnia 2017

Zaczynam grać w berka ze starością...

Podsumowując święta 2017.
Okazały się, nie być świętami Sprzątanocnymi ani Żarłocznymi.
Było miło i rodzinnie trochę nie typowo bo była choinka i był śnieg.


                           
                                            W charakterze bombek wystąpiło to stado.



                                        Jakaś kokosz z kurczakami i kogut też były.


Rodzina dopisała, najstarszy wnuk się postarał i chociaż to "Tadek nie jadek"
zjadł i zupę, i drugie danie, i nawet kawałek ciasta.

Na obiad był rosół, bo to nasza narodowa/rodzinna zupa świąteczna.
"Tadek niejadek" lubi rosół, ale postanowił zabłysnąć i wzniósł okrzyk,
że on "wody jeść nie będzie", okazało się, że to był dowcip i jednak
wszamał cały talerz zupy.
Piszę o tym bo przeglądałam demotywatory, zobaczyłam ten skojarzyłam
i trochę się uśmiałam.


                                               Dobra było miło, ale się skończyło.

Ostatnio zauważyłam, że te kolejne dziesiątki mijających lat
zaczynają sprawiać, że coraz ciężej mi się wstaje z podłogi.
Tak, tak jeszcze niedawno jak usiadłam na podłodze to jakoś tak łatwo
było mi się podnieść i stanąć na nogi od pewnego czasu to już nie ma tak łatwo.

Doszłam więc do wniosku, że nadszedł czas na odkładaną od zawsze
SYSTEMATYCZNĄ gimnastykę.
Specjalnie napisałam wielkimi literami, bo każdy wie, że gimnastyka i owszem,
ale żeby zaraz systematycznie.....
Stanęłam, postawa zasadnicza - skłon.

O, oooo mamo, przecież ja w skłonie z pozycji na baczność dotykałam całą
dłonią do podłogi, a teraz ledwie ledwie serdecznym palcem przy zgiętych kolanach.
Przysiady, o mamo z podpórką, z trzaskaniem w kolanach itd.

Muszę przyznać, że trochę się zdziwiłam, na co dzień człowiek nie zwraca
uwagi na gibkość i giętkość.
Zauważyłam, że rano z naszego legowiska złożonego z materacy położonych
bezpośrednio na podłodze, a więc nisko schodzę tyłem na czworakach
potem muszę się przytrzymać kaloryfera i parapetu, żeby dojść do pionu,
ale jakoś mnie to nie zaniepokoiło.
Dopiero moment, kiedy bawiłam się z wnukami na podłodze
i chciałam wstać i o mamo trochę to trwało i jeszcze na plaży,
kiedy gramoliłam się z piasku dotarło do mnie, że muszę zacząć
się gimnastykować.

Najpierw pomyślałam o siłowni, wiecie te obrazy umięśnionych
gibkich ciał może ja też będę tak wyglądała po kilku sesjach.
Zaraz też zaczęłam planować, trzeba by wykupić karnet, kupić
jakąś torbę sportową, obuwie sportowe, spodnie sportowe,
koszulkę sportową, biustonosz sportowy, a jeszcze opaskę na włosy
sportową i takie frotki na nadgarstki sportowe, jakiś miernik tętna,
może defibrylator w razie zatrzymania akcji serca na bieżni
i oczywiście napój energetyczny....

Dobra podliczyłam wydatki, nie stać mnie.

Punkt drugi - internet.
Przecież tam są panie które pokazują jak to zrobić, żeby się usprawnić.
Spróbowałam, niestety nie nadążam, za szybkie, za gibkie są.
No i ćwiczenia zbyt nowoczesne, jakoś tak nienaturalne w ruchach.

Lekko zniechęcona stanęłam w dużym pokoju i zaczęłam
ćwiczyć tak  jak w duszy gra.
Zaczynając od głowy kończąc na stopach.
I Wiecie co, zdziwiłam się, że ja znam, pamiętam jak to się robi/ło.
Przypomniały mi się wszystkie ćwiczenia jakich nauczyłam się
na lekcjach W-F w szkole podstawowej i średniej.

Oczywiście trzeszczę i zgrzytam, ale potrafię.
Poczułam dużą wdzięczność do wszystkich moich wuefmenów
tych mniej i bardziej udanych, nauczyli mnie jednak czegoś.
I jeszcze do mamy i taty, że nie wypisywali mi zwolnień
z lekcji i fundowali basen dwa razy w tygodniu.

W młodości lubiłam się ruszać i jak to się mówi "sportować"
więc miałam duży zapas sprawności na życie, ale to było i się nie wrati.
Miałam długą przerwę w "sportowaniu się", bo młodość nie rozumie,
że można nie móc wstać z podłogi, jednak w myśl powiedzenia
"czego się Jaś nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał"
wróciła Janina do gimnastyki której się nauczyła jako Janka.
 Myślę, że muszę się zmusić do wytrwałości
bo wydaje się, że tak trzeba będzie już do końca....

Często powtarzam, że mam "bardzo słabą silną wolę".
Kiedy tak mówię Wspaniały zawsze się uśmiecha i przytakuje.
W tym moim powiedzeniu jest bardzo dużo prawdy.
Dlatego piszę o tym, że zaczynam i nie kończę na blogu bo mam nadzieję,
że publiczne ogłoszenie  "Friganka zaczyna uprawiać codziennie gimnastykę"
zmusi moją słabą silną wolę do uległości.



sobota, 15 kwietnia 2017

Jajooooo.....



                                                                    (Salvador Dali)

Kiedy pytałam mojego małego wnuka co by zjadł na obiad to był taki czas,
że ze śmiesznym akcentem odpowiadał "jajooooo".
Jajo ma kształt idealny, idealnie się toczy i jest idealnie wyposażone,
żeby karmić rozwijające się życie.
Życzę Wam i Sobie żeby dalsze miesiące w tym roku potoczyły
się gładko i idealnie, tylko tyle i aż tyle....


sobota, 8 kwietnia 2017

No i pogadali sobie cz 4.


Ja, idę do kina.
Wspaniały, no tak ja będę pracował,  a ty pójdziesz do kina?
Ja, to chodź ze mną w końcu stać cię, rzuć robotę na chwilę i chodź.
Wspaniały nie stać mnie.
Ja, no tak TY będziesz pracował, a ja w kinie?
Ale pomyśl co wolisz, czy żebym wydała 16 PLN na kino
czy żebym poszła do sklepu?
Wspaniały, dałaś mi wybór między dżumą, a cholerą....
Wybrałam dżumę....

Zasiadamy rano przy swoich laptopach.
Wspaniały, zobacz co mi dzisiaj za tapetę zapodali.
Ja, OOO Leniwiec one są takie słodkie, widziałeś
jak Leniwiec próbował przejść przez ulicę, nie dał rady
i przytulił się do słupka, i dopiero ludzie mu pomogli.
One się tak powoli ruszają (snuję grę w skojarzenia dalej).
Ciekawe jak one się rozmnażają?
Pewnie ciuuuuuuuup, ciuuuuuuup, ciuuuuuuup (powolutku)
Wspaniały, a może ciup i koniec.
Co się będzie pier......lił.
Ja, to za szybka akcja jak na Leniwca,  lepiej poprzytulać się do słupka....

Ja, wiesz mógłbyś usunąć sobie włosy z nosa.
Idzie wiosna, słońce zaświeci, a ty jakiś taki
nieuporządkowany.
Wspaniały wzdycha idzie do łazienki, po chwili
wraca z czerwonym nosem.
Głupio mi trochę, więc współczująco mówię:
wiesz, w sumie to te włosy w nosie są potrzebne,
bo zatrzymują  pyłki.
Wspaniały trochę zły mówi:
-  mam je zasadzić z powrotem?.....
(dostałam głupawki)

Ja, za tydzień Wielkanoc, a mi się nie chce, może umyję
okna, może nie umyję?
Wspaniały, to chyba jest Sprzątanoc....

czwartek, 23 marca 2017

Oj będę ryczeć....

W myśl oczywistego i trywialnego przysłowia iż "szewc bez butów chodzi"
nie mogłam poradzić sobie z internetem.
Nie chciał działać w kąciku gdzie najlepiej mi się pisze.
Wspaniały uznał, że sama nie wiem czego chcę i dopiero
po kilku dniach smęcenia dał mi  urządzenie, które w magiczny
sposób załatwiło sprawę znikającego internetu.



Tak więc wracam.
Mijające dni jakieś takie smutne.
Dopadła mnie wiadomość o śmierci Wojciecha Młynarskiego.
Zadumałam się...
Ceniłam go za umiejętność używania słów, odeszła kolejna osoba kojarząca mi się
nieodłącznie z moim tatą, ta piosenka to był wg mojego taty HIT.



Chyba już pisałam że wychowałam się w domu w którym
słuchało się przede wszystkim polskich piosenek.
Mój tata i jego najbliżsi koledzy bawili się przy polskich
wykonawcach.
Przede wszystkim Łazuka potem Grzesiuk, Karin Stanek,
Gniatkowski, Czerwone Gitary, Skaldowie, Grechuta,
Młynarski itd.

Jedynym awangardowym piosenkarzem którego w dzieciństwie
było dane mi słuchać, był Niemen i to tylko dlatego, że moja mama
go lubiła.
A i jeszcze Presley jedyny nie śpiewający po Polsku wykonawca.

W moim domu panowała polska piosenka, może dlatego
cenię w piosence przede wszystkim tekst i mam słabość
do dobrych tekstów.

Nasz dom był  rozśpiewany i roztańczony, ale tylko po polsku.
Ponieważ cała bliska rodzina oraz koledzy taty mieszkali
w bliskim sąsiedztwie  w naszym domu odbywały się często
imieninowe i prywatkowe imprezy.

Jak sobie dzisiaj przypomnę to sama nie wiem jak to było
możliwe, że wszystkim się chciało.
Moja mam urodziła się w Styczniu, a tata w Lutym,
bardzo długo obchodzili urodziny osobno, dopiero
później wpadli na pomysł, że można robić jedną imprezę.

Impreza urodzinowa w naszym domu to było małe wesele.
Na kilka dni przed gromadzone były zapasy jedzenia.
Krojenie sałatki i cebuli do śledzika dzień przed to była
okazja do pierwszego spotkania, pomagała babcia i brat mamy,
który świetnie gotował.
Dzień przed z pokoju babci do piwnicy wędrowały prawie wszystkie meble.
Potrzebna była sala taneczna.
Babcia uwielbiała imprezy i pomimo wieku, zawsze szczęśliwa zasiadała
na szczycie stołu i trwała przy nim do piątej rano.
Każda impreza zaczynała się od powitania gości w progu, w tle koniecznie
musiała lecieć ta i tylko ta piosenka...


Gości było sporo tak około trzydziestu, a całe mieszkanie moich rodziców to jakieś
57 metrów kwadratowych.
Czy możecie sobie wyobrazić, że w dzisiejszych czasach robicie w mieszkaniu, tak mniej
więcej raz w miesiącu mniejszą lub większą imprezę z tańcami i chóralnym śpiewem,
a sąsiedzi nie dość, że nie wzywają policji to jeszcze pożyczają krzesła...

Po przywitaniu gości, wszyscy zasiadali do stołu i nie będę ściemniać
po pierwszych procentach towarzystwo zaczynało się rozkręcać.
Najpierw było "Sto lat, Sto lat", "Niech im gwiazdka pomyślności",
a potem to już szło "Hej Sokoły", "Stokrotka", było też "Płonie ognisko i szumią knieje",
 "Piosenka Łącznościowca", a jeszcze "Pałacyk Michla" i oczywiście "Bradiaga"...



A potem dopóki sił starczyło były tańce.
Tańczyli wszyscy starzy i młodzi z przytupem i zacięciem do rana.
To właśnie wtedy nauczyłam się tańczyć....

Idolem mojego taty był Fred Aster, jak oglądam ten filmik to ech...
Mam w oczach te same ruchy i prawie taki sam układ taneczny tylko
sala taneczna to dziewięciometrowy pokoik mojej babci...



Dobra dość wspomnień.

W zeszły piątek byłam, a jakże w TEATRZE - na "Marii Stuart" z Katarzyną Figurą.
Po "Nocy Iguany" byłam trochę kiepsko nastawiona, uważałam że
Figura nie jest aktorką teatralną (zbyt nachalna i przerysowana), a tu niespodzianka.
Dobry spektakl, świetnie zagrała królową Elżbietę.
I znów odniesień do polityki nie uniknę, spektakl ogólnie mówiąc jest o pożądaniu
władzy/tronu.

Na oparciu czarnego krzesła ktoś pisze KING i wszystkie postacie biorące
udział w przedstawieniu krążą dookoła tego krzesła, ktoś chociaż na chwilę chce
posadzić swoje cztery litery na tronie, ktoś inny się modli do władzy/tronu,
jeszcze ktoś robi sobie selfi siedząc na tronie..
Dwie królowe/kobiety walczą o władzę.
Niby oczywiste i przewidywalne, ale po raz kolejny zadumałam się nad
tym człowieczym genem/władzy, który niektórych - którym dana jest władza
nad innymi popycha do okrutnych czynów.
To tyle jeśli chodzi o łyk kultury "wyższej".

A co poza tym, a po za tym "oswajam lwiątko", oto one...


Dostałam zadanie "oswojenia" najmłodszego wnuka.
Będę pilnować go dwa razy w tygodniu, żeby mama mogła wrócić do pracy.
Powiem tak, łatwo nie jest bo to synek mamusi i tatusia, i jak tylko
któreś znika z zasięgu wzroku to rozpacz małego sięga Himalajów...

Pocieszam się, że kota sąsiadkę oswoiłam to i "lwiątko" oswoję.
Okazało się, że kot jest kotem kulturalnym i posiada umiejętności
picia z kubka, szczególnie mojego bo w moim zawsze można
znaleźć świeżą wodę...


Skubana tak potrafi pić, że łeb nie utknie i kropelki nie uroni.

A na zakończenie jeszcze jedna ulubiona piosenka mojego taty,
którą być może słucha teraz w osobistym wykonaniu Wojciecha Młynarskiego,
oj będę ryczeć....






sobota, 11 marca 2017

Stewardessą nie zostanę....

Muszę się do czegoś przyznać.
Mam dziesiąt lat i nigdy jeszcze nie leciałam samolotem.
No nie złożyło się jakoś.
Wspaniały postanowił wypełnić tę lukę w moim skromnym życiorysie
i jakoś tak z trzy tygodnie temu przedstawił mi propozycję
lotu do Warszawy w dzień... i owszem kobiet czyli 8 marca.
Propozycja była z tych nie do odrzucenia bo bilet w jedną stronę
miał kosztować 20 PLN i w Warszawie miały być jakieś
protesty.

Moja Frigańska natura nie oparła się propozycji lotu stalowym
ptakiem za taką cenę, po za tym w Warszawie byłam jakieś
czterdzieści lat temu, a to w końcu stolica Polski jest.
Zgodziłam się, namówiłam jeszcze przyjaciółkę, która uwielbia
latać i od razu jak tylko zrozumiałam na co się zgodziłam i co mnie
czeka zaczęłam mieć niejakie obawy,
Dlaczego?

Ano ja od dziecka mam kłopot z błędnikiem, choroba lokomocyjna
w moim młodzieńczym wydaniu objawiała się bardzo spektakularnie.
Do tego stopnia, że mama zawsze nosiła przy sobie foliową torebkę,
na wypadek gdybym zobaczyła na spacerze tramwaj lub nie daj
Wszechwiedzący, autobus o jeździe nie wspomnę.

Tak,  robiło mi się nie dobrze na sam widok i zapach pojazdu...
Z wiekiem opanowałam sztukę panowania nad sobą ale jakiś czas temu,
spadłam z wysokiej drabiny i oprócz wstrząsu mózgu, to jeszcze wstrząsu
doznał mój i tak kiepski od urodzenia błędnik.
Tak więc rozumiecie....

Przez te kilka dni do wylotu zdążyłam obejrzeć trzy filmy
o katastrofach lotniczych, a ponieważ mieszkamy dość blisko
lotniska to patrzyłam w niebo i myślałam, jak to będzie....



W środę rano, zwlekłam się z łóżka, wyjęłam z torebki
wszystkie scyzoryki, pilniczki i składane nożyczki i niech się dzieje wola nieba...
Na lotnisku okazało się, że jednak mam niebezpieczny malutki
dezodorant i sprzączki w butach.
Dobra, dezodorant do foliowej torebeczki, buty zdjęłam
przez bramkę grzecznie przeszłam i mogłam już wejść na pokład piekielnej maszyny.

Siadłam, samolot zaczął kołować, a ja wraz z nim.
Start to był horror, myślałam że zejdę, mój błędnik odmówił
współpracy, krew uciekła z nóg nie wiem dokąd, najgorsze jest to,
że wysiąść nie można.
Na szczęście Wspaniały był obok, zagadywał i służył swoją czapeczką
gdybym jednak nie utrzymała śniadania tam gdzie jego miejsce.
Opadanie do lądowania tragedia, samo lądowanie może być.
Przetrwałam.
Zaraz po wyjściu stwierdziłam, że wracam pendziolino.
Za chwilę jednak myślę sobie no nie jest XXI wiek ludzie
latają, a ja nie będę mogła?

Chwilowo postanowiłam skupić się na Warszawskich atrakcjach.
Przede wszystkim Pałac Kultury - pamiętałam, że jest duży i góruje.
Kurczaczek jeszcze góruje, ale już nie długo chyba.


Wędrujemy, dalej i oto na własne oczy widzę znany mi z TV obraz
skutków ustawy ministra Szyszki dotyczącej wycinki drzew.


Tragedia, smutny widok, na pewno do betonowej zabudowy.
Miałam zwiedzać, a nie politykować, ale przecież to się nie da.
Trochę skołowana myślą o powrocie, nadrabiająca miną idę dalej...
I proszę, trafiamy na  pierwszy protest kobiet, przy wejściu do metra,
ale kobiet brak.

                 

Za to są dwaj panowie ze stylowymi znakami zakazu....


Dobra mieliśmy iść  na stare miasto, ale usłyszeliśmy, że na Nowogrodzkiej
pod siedzibą PiS ustawia się ściana kobiet/furii.
GPS pokazał, że Nowogrodzka jest tuż, tuż to postanowiliśmy iść obejrzeć
"Jaskinię Lwa" czy raczej "Kaczy matecznik".
Tak więc idziemy, idziemy, idziemy....



Okazało się, że Nowogrodzka długa jest oj długa, żeby przejść na drugą stronę
ulicy to trzeba tunelami, a tam GPS nie działa.
Trochę pobłądziliśmy, nogi nam weszły nie powiem gdzie, ale doszliśmy.
Powiem Wam, że "Kaczy matecznik" przypomina budynki z lat siedemdziesiątych
może dlatego prezes tak śni o tych latach i tak usilnie pracuje na ich powrót.


Panowie z tablicami o dewiacji genderystów byli szybsi od nas i byli na miejscu
przed nami.

Furii trochę było, ale dziennikarzy chyba więcej.
Pan policjant (to ten w czarnej czapeczce) filmował wszystkich bardzo skrupulatnie,
więc nasze twarze gdzieś tam w archiwach policyjnych zaistniały.



Dobra pokrzyczeliśmy i ponieważ pojawiła się mobilna siostra przyjaciółki,
która jest Warszawianką z Gdańska postanowiliśmy pozostały czas
spędzić w Łazienkach.
Pamiętałam z dawnych bardzo lat teatr na wodzie.
Teatr był, może mniej romantyczny bo pora roku nie sprzyja zieleni, ale był.



Były wiewiórki w dużych ilościach.


Był też Satyr.


Zaintrygowało mnie, dlaczego on ma ogonek tak wysoko.
Przecież kość ogonowa jest dużo niżej.

Chodziłam po parku i kombinowałam jak ja wrócę stalowym ptakiem.
Przypomniałam sobie jak w dzieciństwie byłam sławna z powodu
swojej choroby lokomocyjnej do tego stopnia, że panie odwożące
mnie na kolonie zawsze szykowały dla mnie miejsce leżące w autobusie
(napompowany materac, leżący na podłodze) i opakowanie Aviomarinu.

Eureka! Leku, potrzebuję tabletki.
Jest XXI wiek są Apteki, kupiłam Lokomotiv bo naturalny i nie usypia.

Powrót był znośny, nie wiem czy pomogły tabletki czy po prostu
wiedziałam jak będzie.
Start nie był przyjemny, zniżanie też nie, ale do przeżycia.
Nie ucałowałam ziemi po wyjściu z samolotu, ale stewardessą,
ani pilotem akrobatycznym nie będę.
Jak trzeba będzie polecę co prawda na dopalaczach jednak  latanie
to nigdy nie będzie mój ulubiony sport.

Jeszcze przed lotem dla uspokojenia powstał papierowy
"kot dynamiczny".
Oto wyłania się z papierowego chaosu.



Najbardziej uspakaja jednak widok naturalnego, śpiącego kota.

                           

                                                        DOBRANOC.

PS.
A co kot sąsiadka sądzi o naszych politykach na Kurodomie.

środa, 1 marca 2017

Fantazja ułańska jeszcze w nas gra i furczy....

Było sobie niedzielne leniwe kanapowe popołudnie.
Siedzimy kot między nami śpi, Wspaniały coś tam ogląda w internecie.
Nagle Wspaniały mówi,
- Wiesz jest fajny samochód do kupienia.
Uprzedzam że Wspaniały i Ja dobraliśmy się idealnie wprost.
Dwie frigańskie dusze się odnalazły i spotkały na tym
łez padole, pokochały i tak trwają do końca świata mam nadzieję
i o dzień dłużej...

Już tłumaczę o co chodzi.
My kochamy kupować tanio i dawać drugie życie przedmiotom.
Ja odwiedzam sklepy z ciuchami z drugiej ręki nie dlatego,
że muszę, ale dlatego, że lubię przeszywać, przerabiać,
zaszywać no po prostu odnawiać ubrania.
Buszuję po rynku w poszukiwaniu ciekawostek.
Np. kubek który podaje mi rękę na dzień dobry.


Jeżeli potrzebuję jakiejś rzeczy przeszukuję ogłoszenia na OLX.
Właśnie zakupiłam fajne krzesełko dla najmłodszego wnuka
za 30 PLN.


I jeszcze wieczny kalendarz. Wychodząc z domu dokonałam odkrycia, że
w końcu minął luty, a nastał nam marzec, czas na wiosnę.


W minioną niedzielę w naszym samochodzie zepsuła się
skrzynia biegów, zostaliśmy bez pojazdu.
Na szczęście średni potomek wyjechał do Mediolanu
więc mamy na tydzień do dyspozycji jego auto,
które jest sprawne ale redz go żre w tempie zastraszającym.
Reasumując potrzebujemy Forda dawcę żeby z trzech aut
zrobić dwa sprawne i ładne auta.

Friganin - Wspaniały wypatrzył na OLX prawdziwą okazję,
Forda  za jedyne 1650 PLN z  idealnie pasującą skrzynią biegów
do naszego auta.
Z padniętym silnikiem, ale fajną karoserią bez rdzy pasującą
do auta średniego potomka.
Idealny dawca dla naszych aut.

Siedzimy w naszym domu w Gdańsku jest godzina trzecia po południu
a Wspaniały mówi,
- Wiesz do Olsztyna to w zasadzie tylko trzy godziny jazdy, jak by się udało
  uruchomić to auto to wrócimy tak koło dziesiątej...

Ułańska fantazja wzięła górę nad rozsądkiem i dwie frigańskie dusze
pomknęły do Olsztyna.
Dojechaliśmy przed szóstą, zaczęło się ściemniać.
Auto stało samotnie na pustym wielkim parkingu pod lasem.
Faktycznie Ford Mondeo mk3 bez rdzy, ale z padniętym silnikiem.
Wspaniały znawca Fordów miał nadzieję go odpalić.
Już raz kupiliśmy tak Forda, niby padnięty silnik, okazało się, że
Wspaniały ma metodę na niedziałające Fordy i tak za nie wielką
cenę kupiliśmy całkiem fajne auto.
Tym razem jednak po dwóch godzinach walki w deszczu na ciemnym
ponurym placu, daleko od domu poddaliśmy się.
Co prawda Wspaniały odpalił samochód, ale chmura dymu z rury
nie dawała nadziei na skuteczny powrót do domu.
Była prawie dziewiąta wieczór, zapadła decyzja o załatwieniu
lawety, jakiś cud się stał i laweta się znalazła.

Oczywiście koszty wzrosły i samochód kosztował nas 2200 PLN.
Wróciliśmy około jedenastej w nocy, samochód przyjechał
około pierwszej w nocy.
Ja padłam, Wspaniały doczekał wyładunku i padł.
To była niedziela, trzeba mieć faktycznie trochę "kuku na muniu",
żeby jechać na wariata taki kawał drogi, ale do szalonych
świat należy.

Teraz Wspaniały kombinuje jak najlepiej wykorzystać dawcę.
Plan jest po naszemu zawiły.
Dawca użyczy skrzyni biegów naszemu Fordzikowi,
tym samym zyskamy czas na naprawę skrzyni biegów
z naszego auta.
Następnie dawca dostanie naprawioną skrzynię biegów
z naszego auta i nowe/używane serce/silnik.
Z dawcy stanie się autem docelowym.
Zawiłe to wszystko, ale mam wrażenie, że Wspaniały
się dobrze bawi, a w końcu  o to w tym życiu chodzi.

Raz w życiu kupiliśmy auto prosto z salonu i wierzcie
mi nie odczuwałam wtedy takiej satysfakcji jak wtedy,
kiedy kupiliśmy za 3000 PLN naszego białego Forda,
którego Wspaniały odpalił na oczach zdumionego
byłego właściciela, który myślał, że sprzedaje nam uszkodzone auto.

Tak się zabawiliśmy na koniec karnawału, fajnie było.

czwartek, 16 lutego 2017

Teatr mój widzę ogromny....



Latem przejeżdżałam na rowerze koło tej instytucji i musiałam
zrobić zdjęcie.
Nie wiem czy jeszcze funkcjonuje ta wypożyczalnia bo drzwi
zamknięte są kratą.
To jest/było miejsce magiczne z którym byłam związana
przez całą szkołę podstawową i średnią.

Zawsze dobrze czytałam i recytowałam, więc należałam
oczywiście do kółka recytatorskiego i teatralnego.
Mam od wczesnej młodości zaszczepioną miłość do teatru i do słowa.
Moi bliscy mają ze mną problem.
Nie umiem mówić "płasko". 

Często wypominają mi, że kiedy coś opowiadam to się ekscytuję, 
podniecam, a ja recytuję, modeluję głos.
Nie potrafię opowiadać bez zmiany barwy, tonu głosu bez kładzenia
akcentu na jakieś szczególnie ważne słowa.
Jak czytam bajkę wnukowi to też zmieniam głos, zaznaczam różnicę 
między postaciami
Tak mam i nie potrafię wytłumaczyć moim bliskim, że tak mam,
a co dopiero świeżo poznanym ludziom.

Tak więc bliskie spotkanie z teatrem miałam już w szkole
podstawowej.
Pierwsza rola to Jagusia w "Krzyżakach".
Zbyszka grał kolega ze starszej klasy w którym się podkochiwałam,
więc nie było trudno oddać wiernie nastawienie bohaterki.

To w tamtym czasie pierwszy raz odwiedziłam wypożyczalnię kostiumów.
O mamo, tam było wszystko, długie suknie, kapelusze,
piki i miecze, co dusza miłośnika przebieranek zapragnie.
Pani była życzliwa, pozwalała przymierzać, brać, przebierać, wybierać.
Potem powrót tramwajem ze skarbami do szkoły i przedstawienie,
i aplauz widowni.

Dużo próbowaliśmy znałam swój tekst i teksty innych występujących
na pamięć.
Ponieważ chłopcy nie garnęli się do kółka teatralnego, podczas
jednej  z prób do "Potopu" nie wytrzymałam
i kiedy jedyny kandydat na Kmicica tak jakoś nijako odgrywał
tą dynamiczną rolę, pokazałam mu jak powinien zagrać.
I stało się, decyzja zapadła obsadzono mnie w roli męskiej.
W kontuszu z  doklejonymi wąsami wyszłam przed widownię
i powiedziałam do Oleńki "Jeszczem w Lubiczu nie był....".
Nie wiem dlaczego dzieciaki się nie śmiały, bo ja do dzisiaj jak
wspomnę to się sama z siebie śmieję.

W szkole średniej, wizyty w teatrze były obowiązkowe.
Podczas trzydniowej wycieczki do Warszawy, co wieczór
koniecznie wizyta w teatrze.
Nasza nauczycielka Polskiego miała konszachty w teatrze
Wybrzeże, więc często mogliśmy buszować za kulisami.
W tamtych czasach teatr był raczej tradycyjny, na bogato
stroje i scenografia.
Pamiętam odwiedziny w teatralnej pracowni krawieckiej.
Sztuczne owoce i jedzenie na stoliku itp.

Teatr to umowa, w teatrze ludzie umawiają się na wzajemny
szacunek.
Stojąc na scenie aktorzy starają się dla ludzi siedzących
na widowni, szanują widza.
Ludzie siedzący na widowni starają się dla aktorów,
ubierają się inaczej (przynajmniej w większości), nie szeleszczą
papierkami od cukierków, wyłączają telefony (przynajmniej w większości).
W teatrze przez chwilę ludzie wysilają się dla siebie
i szanują się na wzajem.

Miałam dłuuuuuuuuugą przerwę w oglądaniu teatru na żywo.
Ostatnio tak się złożyło że prawie co tydzień bywam w teatrze.
To nie jest teatr jaki znałam, teraz jest oszczędniej w dekoracjach,
kostiumach (jest golizna), nie zawsze usprawiedliwiona,
dużo efektów dźwiękowych.
Może to dla młodego widza, trzeba go jakoś przyciągnąć.

Pomimo tego, że teatr się zmienił, dalej jest magia, jest odgłos
kroków po deskach sceny, jest zapach i czas oczekiwania
po dzwonku na rozpoczęcie spektaklu.
Na przerwie ludzie mówią ciszej, chodzą wolniej, czas spowalnia.
Ja tak bardzo lubię jak "czas spowalnia".

Obejrzałam jak dotąd sześć spektakli.


Oczywiście nie wszystkie mi się podobały w równym stopniu.
Ostatnie dwa, czyli "Czarownice z Salem" i "Wiśniowy Sad"
to odczucia od bandy do bandy.
"Czarownice z Salem" mogę polecić, zrobione na bogato,
zagrane z zacięciem.
No i temat sztuki.
Jeśli w jakimś miejscu na ziemi spotka się bezwzględna
władza polityczna, bezwzględna władza kościelna, interesowność,
namiętności i zawiść.... taka ludzka, taka zwykła i jeśli to wszystko zostanie
podlane wiarą "ciemnego ludu" to efekty tej potrawki są zazwyczaj
niezwykle krwawe w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Niezwykle aktualna sztuka z lat sześćdziesiątych XX wieku.
A dla miłośników efektów specjalnych, prawdziwie mokry
deszcz pada sobie na scenę....

Na "Wiśniowy Sad" szłam z nadzieją na "klasykę".
Jak przeżyłam te ponad półtorej godziny nie wiem.
Siedziałam w pierwszym rzędzie i miałam chwile, że chciałam
efektownie paść na podłogę i poczołgać się do wyjścia.
To teatr, którego nie lubię trochę Kantora, trochę Hanuszkiewicza.
Przekombinowane, worki na głowie, taniec z krzesłami,
przelatująca kilka razy przez całą szerokość sceny kula do kręgli.
Chyba z pięć razy leciała czarna kula raz biała.
Hmmm... o co reżyserowi chodziło z tymi kulami?
Przestraszyć czy zabić przypadkiem?
Po raz pierwszy miałam wrażenie, że aktorzy nie czują sztuki
i po raz pierwszy słyszałam widownię.

Dobra, na sześć spektakli jedna porażka to i tak dobrze.
To był taki dzień, 10 lutego, nie dość, że kolejna miesięcznica
to jeszcze, jak dotarłam do domu to Wspaniały kontemplował
bliskie spotkanie pani premier z drzewem.
Pani premier życzę szybkiego powrotu do zdrowia.

Teraz mam przerwę w teatralnych uniesieniach do 17 marca.

I tak na deser fragmencik:



PS
Ja nie jestem taka całkiem normalna bo im jestem starsza tym bardziej lubię
Szekspira i może być nawet w wersji oryginalnej (języka angielskiego nie znam),
byleby nie był w wersji "nowoczesnej inaczej".