czwartek, 27 lipca 2017

Do lata, do lata piechotą będę szła...

Z powodu deszczowej nie letniej pogody, politycznej atmosfery i ciągle
nie najlepszej formy zdrowotnej trwa moje wzmorzenie
manualne.
Nie wiem jak u Was, ale ja ciągle czekam na lato i mam wrażenie,
że w tym roku się nie doczekam.
Wkurzam się bo mało jest okazji rowerowych.

O.K. skończyłam kolejny papierowy projekt i coś mi się wydaje,
że wpadłam po uszy.
A było to tak.
Mam w kuchni rogowe półki na których stoi co popadnie.
Wygląda to nie porządnie, kurzy się nie miłosiernie
i od dziesięcioleci mnie wkurza.


Nie można zamienić tych półek na żaden sensowny mebel
bo pan murarz na etapie budowy nie umiał, albo nie chciał,
a może nie wiedział jak wygląda kąt prosty i kąt jest,
ale na pewno nie jest prosty.

Jakiś czas temu zainteresowała mnie "papierowa wiklina",
kręci się rurki z niepotrzebnych gazet i wyplata koszyki
i co tam w duszy zagra.
Wyplotłam kilka koszyków i zapał ostygł bo ile można
mieć koszyków.
Lubię robić coś z niczego, ale lubię też używać
to co wytworzę.
Jeśli biorę się za szydełko to, to co wytworzę musi nadawać
się do noszenia, jeśli robię coś z papieru to chociaż przez
chwilę musi być użytkowe.

I tak zrodził się pomysł na uzupełnienie ażurowych półek
koszami z papierowej wikliny.
Myślałam dumałam.
Potem pojechałam do mamy, która na starość została kolekcjonerką
prasy w stylu "Na Żywo", prawie przemocą odebrałam jej "sztapelek"
gazet i zaczęłam kręcić.


Początkowo wyglądało to tak:



Potem tak:


A w efekcie po pomalowaniu i przymocowaniu uchwytów
papierowe szuflady wyglądają tak:


Nie będę skromna, wyszło fajnie i funkcjonalnie.
Papierowe kosze są wyklejone w środku papier mache,
więc sa bardzo twarde i stabilne.
Pomalowane lakierobejcą łatwo się odkurzają, są głębokie
więc bardzo pakowne.

Zachwyciłam się możliwościami papieru po raz któryś.
Przejrzałam internet i okazało się, że ludzie robią cudowne
meble z tektury i papieru.


Zastanawiałam się dlaczego tak mnie zafascynował papier, papierowe
ozdoby, durnostojki, zabawki i teraz papierowe meble?
Może dlatego, że od zawsze nie lubię rzeczy "na zawsze".
Mój tata miał zasadę, że jak już coś robi to musi to przetrwać
lata, ja lubię zmieniać swoje otoczenie i właśnie papier pozwala
na w miarę bezkarne ozdabianie otoczenia.
Jak się znudzi to bez żalu można zastąpić papierową komódkę
innym papierowym ptaszkiem lub koszykiem.
A może kanapą z tektury?



Myślę, że papierowy fijoł ma szanse przetrwać dłużej tym bardziej,
że pilnie potrzebuję nietypowej rozmiarowo komódki.
W międzyczasie robi się wiedźminowy wilk do pokoju
najmłodszego potomka.



Wymaga jeszcze doklejenia zębów i pomalowania.
Dzisiaj też pada, pada, pada, pada, popaduje...
Może wezmę przykład z kota-sąsiadki i zalegnę koło niej
na cały dzień....





niedziela, 2 lipca 2017

Nie wyrabiam na zakrętach...

"KRUCA BOMBA MALO CASU"

Zawsze nadążałam i ogarniałam, ale ostatnio jakoś czas
przyspieszył, jeśli nie zerwę kartki z kalendarza w danym dniu
to za chwilę już muszę zerwać trzy, cztery.
Może to Matrix przyspieszył, a może to ja spowolniłam?

Mam tyle pomysłów rękodzielniczych, tyle książek do przeczytania,
tyle przepisów na wypieki do wypróbowania, tyle kilometrów
do prze - pedałowania, że nie wyrabiam na zakrętach.

Chociaż mam dojmujące poczucie uciekającego czasu - wiecie
to ten wiek, fajne jest to, że jeszcze spełniają się moje marzenia.
Ostatnio spełniło się moje ponad trzydziestoletnie marzenie.
A było tak:
Mamy duży dom i stosunkowo małą kuchnię.
Kuchnia jest mała, ale bardzo ją lubię i nie zamieniłabym jej na nowoczesne
błyszczące cacko.

Kiedy przeprowadziliśmy się na swoje, marzyłam o kuchennym
kredensie i proszę....


Odrzut z eksportu do RFN, w tamtych czasach nie wiedziałam jeszcze,
że można by odnowić stare, dobra dostałam nowe podrabiane na stare.
Kredens jest fajny, ale mało praktyczny, więc wymyśliłam, żeby górę
powiesić wyżej na ścianie, a na dół położyć blat dzięki czemu zyskałam
kawałek blatu roboczego.


Kredens ma trzy szuflady, które nie działały w zasadzie od samego początku.
Pozarywane służyły za przechowalnie wszystkiego i niczego.

Od kiedy się pojawiły w sklepach meblowych szafki z  szufladami na prowadnicach, samodomykające od czasu do czasu otwierałam z przyjemnością i marzyłam.
Wspaniały próbował spełnić szufladowe  marzenie, ale żadne systemy prowadnic
nie sprawdzały się w naszym kredensie.
Proszę bardzo, ogłaszam całemu światu  mam, mam szuflady na bezszelestnych
prowadnicach samo domykające się.
Wspaniały znalazł system, zakupił i zamontował....

                               


Chodzę i otwieram, i zamykam, i otwieram i same się domykają.....
Szuflady działają terapeutycznie, o coś tam zaburczałam do Wspaniałego, a on szybko
otworzył wszystkie trzy szuflady i mówi "patrz, patrz" i wymiękłam.



To nie koniec spełniania trzydziestoletnich marzeń w związku z nowym "fisiem"
wypiekania potrzebowałam dodatkowego blatu, a może mini wysepki kuchennej?
Wymyśliłam blat wysuwany/chowany.




Sprawdza się idealnie, czemu nie zrobiłam brązowego nie wiem?

Wspaniały sprawdził się Wspaniale i poszliśmy za ciosem.
Potrzebowałam spiżarni, co prawda mamy spiżarnię z nazwy, bo to raczej
pomieszczenie do przechowywania butów i kurtek oraz sprzętów wszelakich,
a ja potrzebowałam schowka na mąki, kasze itp.
Za drzwiami kuchennymi miałam lustro, a teraz mam
                                                          i lustro...



                                                           i spiżarnie...

                             

Szafka łazienkowa z IKEI sprawdziła się idealnie w związku z tym Wspaniały
właśnie montuje drugą szafkę odgrażając się, że "to ostatnia szafka w tym sezonie".

W między tak zwanym czasie wnuki zakończyły sezon szkolny z sukcesem
tak więc zajmuję się nimi od czasu do czasu.
                                         
                          Hit sezonu w grupie dzieci młodszych szkielecik w gluciku.

 
                                   Hit sezonu w grupie starszaków najstarszych wielokolorowy
                                   długopis, trwa nauka pstrykania.



                                           Hit sezonu dziecka najmłodszego namiot w kojcu.


No i jeszcze w między tak zwanym czasie byliśmy na rowerowym zjeździe
i przejechaliśmy pierwszy raz tunelem pod Martwą Wisłą.


Muszę przyznać, że było klaustrofobicznie tym bardziej, że peleton stanął
i zakorkował na dłuższą chwilę wyjazd.
Z przodu zator z tyłu policja hmmm...


I jeszcze w między tak zwanym czasie kręcę wielki "wiklinowo - papierowy
projekt, na razie wygląda to tak, czas pokaże jak wyjdzie.


I jeszcze w między tak zwanym czasie piekę, bez glutenowo i  prawie bez cukrowo.




"KRUCA BOMBA MALO CASU"

Cdn.

niedziela, 11 czerwca 2017

A propo....

W nawiązaniu do wczorajszego wpisu na blogu Kurodoma...

No nie wiem - może kotka sąsiadka czyta  to co ja piszę
i w związku z tym, dziś rano dostarczyła nam nocny
urobek..


Dzisiaj w Gdańsku odbywa się XXI przejazd rowerowy.
Nie może nas zabraknąć.
Nasza ostatnia wyprawa to odwiedziny u przyjaciół, którzy mieszkają
40 km od Gdańska.
Daliśmy radę, chociaż pomyliliśmy trochę trasę i musieliśmy jechać
dość długi odcinek bardzo ruchliwą drogą.
Było ekstremalnie, następnym razem musimy bardzo dobrze rozpracować
trasę i unikać głównych dróg jak ognia.
Kierowcy nie zwalniają, a ryzykowanie życiem to nie dla mnie.

Natomiast prawie codzienne zjazdy nad morze uwielbiam.
Ludzie stęsknieni słońca nadużywają...



                                                        Oj będzie w nocy bolało

A tu jeszcze natura, pan/ni ptak wędrował sobie po plaży, zaglądał to do śmietnika,
to do torebki pani, posypywany przez ludzi piaskiem nie peszył się
i wcale nie bał.


                                                   Coś dla miłośników natury i człowieka.....


                                        Przy ludziach i ptak się posili....


                                    Posypany piaskiem, wcale się nie przejął, powędrował dalej...



                                   Dokąd płyną te kaczki, może migrują do Szwecji?    


Oczywiście musiałam się po wkurzać na wszechobecne śmieci.....

                              
Nigdy nie zrozumiem, jak można samemu sobie śmiecić, tym bardziej, że
przy samym wyjściu z plaży stoją i proszą się o "nakarmienie"...


Ale zrzędzę od rana, dobra koniec, dzisiaj dzień pod znakiem "koła i szprychy",
a i jeszcze "łatki i pompki", łatanie dętki w drodze nas nie ominęło, Wspaniały
dał radę.


sobota, 10 czerwca 2017

Jesteś tym co jesz?

Może to za dużo powiedziane, że jestem tym co jem,
ale pewnik to, to, że czujesz się lepiej jak jesz dobrze.
Dobrze jeść co to znaczy?
Internet obfituje w rady i porady, przepisy, zacietrzewienia,
złote recepty, pewniki, chyba żadne hobby nie ma takiego
"ujścia" w internecie jak przepisy na zdrowe, wybitnie zdrowe,
jedynie słuszne jedzenie.

Muszę się przyznać, że ja też od czasu do czasu ulegam i zaczynam
poszukiwać "złotego Grala" dobrego odżywiania.
Zaczęło się to......już nie pamiętam kiedy, kilkadziesiąt lat temu?
Tak chyba wtedy kiedy miałam tak dwadzieścia kilka lat i trafiłam
do pana dentysty, który jest bardzo dobry i bardzo drogi.
Panu dentyście jestem wierna do dziś, ale widywać się z nim za często
nie chcę, więc od chwili poznania rzuciłam cukier, początkowo
w napojach, a potem jakoś poszło i do dzisiaj staram się nie nadużywać.
Wraz ze mną cukier porzucił też Wspaniały, nie nadużywamy
od lat i nie możemy się nadziwić jak mogła nam smakować herbata z cukrem.
(statnio odkryłam sodę oczyszczoną i wodę utlenioną zamiast pasty do zębów
i muszę przyznać, że efekty są dość spektakularne).

Dobra, szkodliwość cukru odkryliśmy dość wcześnie.
Potem jakoś tak zainteresowałam się dietą zgodną z grupą krwi.
Nie powiem, żebym jakoś specjalnie wierzyła, ale.....
Mam tak, że do wszystkich odkryć "niekonwencjonalnych"
podchodzę z dystansem, ale też z niejakim zaciekawieniem.
Tak na zasadzie nie mów nie, nie mów tak, ostrożnie daj szansę....

Dawno, dawno temu za górami za lasami czy jakoś tak,
urodziłam właśnie najstarszego potomka, który po porodzie w krótkim
czasie stał się Chińczykiem.
W tamtych czasach nikt nie słyszał o naświetlaniu żółtaczki poporodowej.
Młody miał około miesiąca, żółtaczka nie schodziła, groziło
to bardzo poważnymi konsekwencjami,  dostałam skierowanie
do szpitala, ja i dziecko bo przecież karmię....
Zrozpaczeni wtargnęliśmy ze Wspaniałym do słynnej pani profesor
od dzieci, a pani profesor popatrzyła na wyniki i powiedziała
"odstawić dziecko od piersi, konflikt głównych grup krwi".
Odstawiłam, okazało się prawie natychmiast, że urodziłam jednak
Polaka, a nie Chińczyka.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o grupie "krwi łowców".
Cała nasza rodzina ma tę samą, najstarszą grupę krwi.
"Łowcy" źle znoszą zboża - gluten, ciasta - cukier.
Wypróbowałam i okazuje się coś w tym być.
Szczególnie dobrze zrobiło to Wspaniałemu, który jak go poznałam
uwielbiał ciasto, ze Wspaniałym poszło szybko gorzej z bliższą i dalszą
rodziną, której oduczanie częstowania nas ciastem idzie opornie
i z marnym efektem do dnia dzisiejszego.
(Oczywiście zdarza nam się zgrzeszyć, kto nie....niech pierwszy
rzuci kamieniem).

O glutenie już pisałam, powiem tylko, że gluten nie dla nas.

No dobra, następnym etapem, było przeproszenie się z tłuszczem.
Już słyszę głosy, cholesterol, miażdżyca itp.
Oczywiście zajadanie się tłuszczem nikomu nie służy,
ale powiem tak, przestudiowałam na ile potrafię
argumenty medycyny konwencjonalnej i niekonwencjonalnej
i doszłam do wniosku, że jeżeli:
- nie mieszam tłuszczu z cukrem.
- nie mieszam tłuszczu z dużymi ilościami węglowodanów.
- nie jem tłuszczu łyżkami.
to:
po wypróbowaniu, schudłam 18 kg cholesterol w normie i nie jestem
cały czas głodna.

Oczywiście człowiek jest grzeszny i co jakiś czas wraca do złych
nawyków, w moim przypadku otrzeźwienie przychodzi dość szybko.
Zaczynam się źle czuć, tyję i ogólnie jest do (tu słowo na cztery litery).

Oczywiście są sytuacje, kiedy medycyna konwencjonalna jest niezbędna
tak było ostatnio, kiedy dopadły mnie sensacje żołądkowe.
Medycyna konwencjonalna zaleca po helicobakter i przy refluksie
dietę warzywną, lekkostrawną jedzenie co dwie godziny małych posiłków.

Dobra próbowałam, o Wszechwiedzący ja nie mogę jeść jak mówił
mój tata "trawy" w dużych ilościach, bo umieram.
Przemęczyłam kilka dni i zaczęłam jeść "tłusto", bezglutenowo,
mało węglowodanowo i tylko trochę ciemnozielono warzywnie.
Ulga prawie natychmiastowa.
Z medycyny konwencjonalnej zostało jedzenie co dwie godziny
i mało ilościowo.

Do tego dołożyłam "zakwaszanie żołądka", sokiem z kiszonej
kapusty, octem jabłkowym, sokiem z cytryny.
Uprzedzam uwagi typu - refluks oznacza nadkwasotę, tu niespodzianka
ja mam refluks i stwierdzoną od dzieciństwa niedokwasotę.
Żaden lekarz nie przyjmuje tego do wiadomości i przypisuje
mi leki zobojętniające kwas żołądkowy czym jak się ostatnio
dowiedziałam potęguje moje problemy.
Do tego wszystkiego dołożyłam ćwiczenia, odkryłam właśnie
z niejakim zdziwieniem, że na refluks są odpowiednie ćwiczenia
i masaż brzucha????

Wnioski w dużym skrócie:
- przejście na dobre dla mnie jedzenie i ćwiczenia spowodowało,
  że czuję się coraz lepiej, żołądek się uspokoił.
- Odkryłam lek na stany zaostrzonego refluksu, można kupić
   w sklepie zielarskim.
  Wg mnie genialny, pomógł mi przetrwać okres po antybiotykowego
   refluksu.


- Zakwaszanie żołądka spowodowało znaczną ulgę w trawieniu.
  (dwadzieścia minut przed jedzeniem albo dwie łyżeczki nierozcieńczonego
    soku z cytryny, albo 1-2 łyżeczki octu jabłkowego bio na pół szklanki wody,
    albo 1 - 2 łyki soku z kiszonej nie kwaszonej kapusty).
- Wspaniały zachwycony moimi eksperymentami kulinarnymi.

Wróciłam do pieczenia swojego chleba bezglutenowego
(od pewnego czasu kupowałam chleb b/g i mroziłam),
jednak ten chleb nie jest zbyt dobry i w zasadzie jak dla mnie
ma za dużo różnych składników.
Odkryciem ostatnich dni jest bardzo popularny w sieci przepis na chleb
z białej, nie prażonej kaszy gryczanej.
Kasza gryczana to moja miłość od dzieciństwa, więc wypróbowałam
i mi smakuje.
Oczywiście zastrzegam, ja lubię "inne" smaki więc moja opinia nie jest
w pełni miarodajna, ale już opinia średniego potomka, który
kanapeczkę z tego chleba zjadł i wziął dokładkę (dodam kanapeczkę
ze smalczykiem własnego wytopu), świadczy o zjadliwości tego
dziwnego chleba.

Chleb smakuje prawie jak prymitywny razowiec.
Składniki:
- 1/2 kg kaszy gryczanej białej, nie prażonej (jak nie dostaniecie to można
kupić w woreczkach do gotowania i wysypać).
- Zimna przegotowana woda.
- 2 - 3 łyżeczki soli himalajskiej, albo kłodawskiej.
- Jakieś ziarna, ja daję ze słonecznika.

Kaszę wsypać do szklanej miski (nie metalowej, nie plastikowej).


Zalać wodą tak, żeby woda była ok 1/2 cm nad kaszą.


Po pół godzinie przemieszać drewnianą łyżką i dolać wody.
Zostawić pod przykryciem w temperaturze pokojowej do następnego dnia.
Następnego dnia rano przemieszać i ewentualnie dolać wody.
Wieczorem, zlać nadmiar wody (to dość ważne), dodać sól,
zblendować, ale nie na całkowitą miazgę.
Dodać ziarna i przełożyć do formy (keksówki - średniej wielkości)
wysmarowanej masłem i wysypanej płatkami owsianymi.
Wstawić do zimnego piekarnika na całą noc.
Rano włączyć piekarnik i piec ponad godzinę w 200 C.



Jak pierwszy raz upiekłam byłam w lekkim szoku, że to się może udać
i jeszcze smakować.
W niektórych przepisach pierwszy etap moczenia kaszy ma trwać 48 godzin,'
wypróbowałam i zostaję przy wersji krótszej.
To jest obecnie nasz chleb codzienny.

Moje dietetyczno - kulinarne wzmożenie potrwa jakiś czas, więc pewnie
jeszcze nieraz opublikuję jakiś przepis.
Oczywiście nie są to moje autorskie przepisy są to wypróbowane i lekko
przerobione na moją modłę plagiaty z uwagami.

Przepisów w internecie jest po kokardkę, fajne jest to, że "zdrowe" przepisy
są na małe ilości.
Za moich czasów piekło się ogromne blachy ciasta i potem jadło cały
tydzień.
Obecnie szczególnie "zdrowe" przepisy są na malutkie blachy.
Kupiłam kilka małych rozmiarem foremek i próbuję.
Np dzisiaj upiekłam ciasto czekoladowe w zasadzie bez cukru
tylko z sześcioma kostkami czekolady i świeżą cukinią.
Specjalnie w tle postawiłam rękawicę kuchenną, żeby można było
ocenić wielkość ciasta.
Tak ciasto wyglądało po upieczeniu.



A tak po przejściu obok Wspaniałego.




Składniki:
Łyżkę zmielonego siemienia lnianego zalać 3-4 łyżkami wody, odstawić.

Suche składniki wymieszać w misce;
2 kopiaste łyżki mąki gryczanej i mąki jaglanej.
1 kopiasta łyżka mąki kokosowej.
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia 1/2 łyżeczki sody.
3/4 szklanki obranej cukinii startej na tarce, na drobnych oczkach.
1 łyżka kakao.
6 - 8 kostek gorzkiej czekolady zetrzeć na tarce.
Można dodać bakalie, ja dodałam suszoną żurawinę.
(można dodać łyżkę cukru trzcinowego)

Do suchych składników, dodać 3/4 szklanki mleka kokosowego i len.
wymieszać, przełożyć do malutkiej formy tortowej, wysmarowanej
masłem i wysypanej wiórkami kokosowymi.
Piec w 180 - 190 C przez 40-45 minut do prawie suchego patyczka.

Trochę się rozpisałam, coś czuję, że do bzika papierowego
dołączył bzik zdrowotno - kuchenny więc nie powiedziałam
w temacie jeszcze ostatniego słowa.

Bzik papierowy ma się dobrze, przedstawiam domowego orła
z papieru.


Tak się ma ciasto po przejściu najmłodszego potomka, chyba smakuje?






czwartek, 1 czerwca 2017

Dzieci moje, zawsze dzieci....


Trzech chłopaków, a raczej mężczyzn, a dla mnie
zawsze dzieci, ale to już mężczyźni.

Wszyscy trzej Wspaniali po Wspaniałym, a po mnie?
Hmmmm.....

Moje dzieciaki czego im życzyć?
Wszystkiego czego chcą i o czym śnią....




piątek, 26 maja 2017

Wydaje się, że zwolniłam, ale......


Żołądek jeszcze mnie męczy, a jak coś człowieka męczy
to sami wiecie żyje się wolniej i mniej chętnie się człowiek kręci.
Tylko czy na pewno?

Zrobiłam małe podsumowanie, przejrzałam zdjęcia i się okazało,
że nie jest tak źle.

I tak między jednym skrętem kiszek, a drugim zrobiłam, takie coś
z drutu, lakieru do paznokci i kółka.






Witrażowa zawieszka na okno, muszę przyznać, że bardzo fajna technika
na robienie witraży. Kwiatki można wykorzystać do zrobienia naszyjnika,
przepaski i co tam komu w duszy zagra.
To jedno z moich licznych hobby, czyli recykling, sposób na zużycie
lakierów do paznokci, których mam bezliku, oraz znalezionych na ulicy
kółek ze zgubionych samochodowych "kapsli" do felg.

Zrobiłam jeszcze pęk papierowych kluczy dla wnuka, który został
obsadzony w szkolnym teatrzyku w roli królewskiego ochmistrza
i koniecznie potrzebował do tej roli pęku kluczy i .....wąsów.
Wąsy wymyślił sam i dumnie je nosił na przedstawieniu.


Oczywiście musiałam na rower, chociaż mniej pilnie to jednak.
Odkryliśmy nowe rejony.
Przedłużoną ścieżkę rowerową w stronę portu.



I nowe rejony trójmiejskich Bieszczad.




I jeszcze martwy las na osiedlu Zaspa.



W między czasie dopieszczam kotkę sąsiadkę, która już wydobrzała
po fryzjerskich wyczynach swojego pana i wydaje się, że pogodziła
się ze stratą futra.

                           


A teraz wyleje trochę żółci to może mi ulży na żołądku.

Nie wiem czy pamiętacie jak pisałam o naszej wyprawie do Olsztyna
po samochód.
Samochód był tani bo nie na chodzie.
Kupiliśmy i oddaliśmy w ręce wydawałoby się fachowego i zaprzyjaźnionego
warsztatu samochodowego.
Plan był taki, żeby z trzech samochodów zrobić sprawne dwa.
Nie wdając się w szczegóły jeden samochód miał być dawcą.
Po pobraniu organów z dawcy miał dostać drugie życie nasz samochód
i samochód średniego potomka.
Niestety, operacja się udała tylko pacjenci nie ożyli.
I mamy dwa niesprawne auta.
Wina leży po stronie warsztatu, tzn nie dokręcili śrub, odkręcili nie tą śrubę
co trzeba na koniec pan mechanik stwierdził, że Wspaniały jest ciągle niezadowolonym
klientem i sam nie wie czego chce.

A czego chce Wspaniały, otóż chce, takiego nieistotnego wydawałoby
się szczegółu, żeby auto jeździło.
Mija prawie półtora miesiąca i nic....

Tak więc w wyniku tych perturbacji stałam się wysoko wykwalifikowanym
kierowcą - specjalistą od holowania samochodów na sznurku od warsztatu
do garażu i na odwrót.
Po tym - jak po kolejnym odbiorze samochód stracił bieg wsteczny
Wspaniały - dociekliwy zgromadził narzędzia pożyczył dźwig
i postanowił sam naprawić jeden z samochodów.

Uwielbiam jego zapał i uparctwo w dochodzeniu do celu
i tak stało się tym razem, wyjął silnik i skrzynie biegów, w warunkach garażowych.



Jego szczęście jest moim szczęściem.
Mniej szczęśliwy był kiedy stwierdził, że niedziałający wsteczny bieg
to wina mechanika, a naprawdę wkurzony, kiedy pan mechanik
stwierdził, żeby się wypchał.

W wyniku całego zamieszania, Wspaniały zdobył kolejny zawód i stał się ekspertem
od aut marki Ford Mondeo Mk3.
Jedyne co go powstrzymuje przed otwarciem warsztatu samochodowego to fakt,
że wszystkiego sam nie zrobi i musiałby zatrudnić jakiegoś pana mechanika,
a ten jak wyżej mógłby spaprać robotę i co wtedy....

Podsumowując "kazał pan zrobił sam", jedno auto w naprawie u Wspaniałego,
drugie auto próbujemy wydobyć z "zaprzyjaźnionego warsztatu, jeździmy
dawcą i na rowerach.

Dzisiaj Dzień Matki w związku z tym zabieram prababcie do sklepu  i restauracji
czyli McDonald 's.
Prababcie uwielbiają te świątynie konsumpcji i nic nie przebije momentu,
kiedy wchodzimy do sklepu obuwniczego.
Największa radość to zakup nowych butów, które potem ustawione
na półeczce cieszą i są nie noszone bo szkoda.....



To zdjęcie z poprzednich zakupów, babcie szczęśliwe, ja spocona,
ale ich szczęście jest moim szczęściem.

Wszystkim mamom moim i nie moim, a także sobie życzę spokoju i pokoju.



Nosz szampana nie mogę, ale wzniosę toast "miętkom" i przy tej miętce
wieczorem zrobię sobie prywatne święto i odrobię zaległości czytelnicze
na moich ulubionych blogach.